Czułam się jak na Antarktydzie, było chyba z -15 stopni. Czeka mnie cała noc na tym cholernym mrozie, uwzięli się czy co? Nie dość że zimno to jeszcze wiatr wiał mi na ryj, no zajebiście po prostu dzięki.[...] Przynajmniej zlazłam z tego drzewa, na ziemi aż tak strasznie nie wieje. W końcu jestem poza murami szpitala ach...
Nareszcie odetchnęłam czystym powietrzem, a nie mieszaniną leków i innych zapachów ze szpitala. To tutaj miałam się spotkać z Margie, tyle że jej tu nie ma. I własnie wtedy poczułam, coś na plecach...
Ps. Przykro mi że przez tydzień nic nie pisałam, ale wiecie święta i w ogóle. Jutro kolejny odcinek. (Przysięgam na małego palca). Jakby co Margie to zdrobnienie od Margaret, chyba :).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz